Bloog Wirtualna Polska
Są 937 744 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dać czadu w Czadzie...

poniedziałek, 27 lutego 2012 1:08

   „No photo, no photo!” — krzyczy gniewnie w moją stronę wybitnie podenerwowana dziewczynka w kolorowej sukieneczce, machając sugestywnie dłonią w geście zdecydowanego przeczenia. Kiedy udaję, że nie kojarzę, że woła do mnie, zdecydowanym ruchem chwyta leżący na ziemi kamyk i robi zamach w moją stronę… No dobra, chowam aparat. Wiem, że na tym etapie nie pomoże udawanie, tutejsi ludzie są naprawdę bardzo bystrzy i wyczuleni. Poza obawą o sprzęt powstrzymuje mnie jeszcze wrodzony brak bezczelności. Trudno, trzeba to jakoś przyjąć do wiadomości, że robienie zdjęć ludziom w Czadzie nie należy do łatwych zadań…

 

   Czad jest ponad czterokrotnie większy od Polski i leży w samym sercu Afryki. Zajmuje drugie miejsce po Korei Północnej jako najmniej demokratyczne państwo, oraz siódme notowanie w rankingu najbardziej skorumpowanych krajów. Teoretycznie sytuacja jest tutaj wielce niestabilna, ledwie parę lat temu (2006 i 2008 rok) stolica była świadkiem krwawych zamieszek o władzę. Na pustyni piach jest często-gęsto przemieszany z karabinowymi łuskami w stosunku 1:1, walają się tu i ówdzie porzucone granaty do RPG, stoją rozwalone czołgi, a po kraju grasują samochody pozarządowych organizacji wykopujących przeciwpiechotne miny. Mimo to – da się tu przyjechać i zobaczyć to i owo, po czym wywieźć z powrotem swoją skórę w jednym kawałku.

 

Pamiątki po dobrosąsiedzkich kłótniach

 

   W ramach „czadowej” ekspedycji przejechaliśmy kraj po przekątnej – ze stolicy N’djameny do rejonu Ennedi i z powrotem. Ennedi było naszym celem, ale po drodze dało się zaobserwować, jak to się w Czadzie ludziom żyje… No cóż, można by to streścić w dwóch słowach: piach i bieda. Z wodą nie ma problemu, wystarczy wykopać dziurę w ziemi na kilka metrów i już jest studnia. Za to problem jest dosłownie ze wszystkim innym…

 

Fada. Uliczna smażalnia baranich udźców.

 

   Niektórzy dostrzegają dziwną prawidłowość – im biedniejszy kraj, tym droższe w nim życie. Teoretycznie powinno być przecież na odwrót. No tak, ale zapominamy słowo „życie” uzupełnić zwrotem „na europejskim poziomie”. Bo jeżeli chodzi o życie w lokalnym stylu — poprzestając na wodzie ze studni, kozim mleku i podpłomykach, mając też zakwaterowanie w chatce z trzciny — to można żyć za pół dolara dziennie. Niestety, na przykład butelkowana woda kosztuje w stolicy dolara, a w głębi kraju — dwa dolary. Worek cementu to 30 dolarów. Praktycznie wszelkie wytwory zachodniej cywilizacji trzeba sprowadzać, więc kosztują. Miejscowy, przeciętny człowiek, poza lokalnym rękodziełem ma ogromnie mało do zaoferowania światu zachodniemu, dlatego świat zachodni nie pali się do tego, by miejscowym za cokolwiek płacić. Pasterzy poganiających owce i kozy nie zatrudni się w nowoczesnej fabryce, a więc i fabryki się nie zbuduje na tych pięknych, pustych i tanich ziemiach. Chyba że się przywiezie robotników ze sobą, jak to zrobili Chińczycy.

   Jak już o Chińczykach mowa… Parę kilometrów za N’djameną pyszni się na horyzoncie olbrzymia nowoczesna rafineria. No cóż, w końcu kraj okrakiem na złożach ropy siedzi… Tyle że rafineria stoi zamknięta na głucho… zbudowali ją właśnie Chińczycy, a zaraz potem zamknęli – kiedy rząd podniósł ceny ropy naftowej bez konsultacji z nimi. Prezydent Idriss Deby mógłby może i znacjonalizować ją, ale skąd weźmie fachowców, będących w stanie nacisnąć właściwy guzik, by to ustrojstwo z powrotem ruszyło? No i kto potem zdecydowałby się cokolwiek w Czadzie wybudować?  Kraj dzięki temu cierpi na ciągły deficyt paliwa… Zaopatrzenie się w olej napędowy przypomina łamańce, jakie ludzie wyczyniali u nas na początku lat 80-tych, żeby kupić w spożywczaku kawałek schabu…

   Jak wspomniałem na wstępie, niezmiernie trudno zrobić tu zdjęcie miejscowym ludziom. Napotyka się wybitnie mocny opór materii… Po pierwsze, teoretycznie trzeba mieć na to specjalne pozwolenie. W N’djamenie za samo wyciągnięcie aparatu z torby i podniesienie go do oka można trafić do aresztu. Na szczęście nie ma tam za wiele do fotografowania… Poza stolicą już nie jest tak źle, ale… ludzie po prostu żywiołowo oponują! Jeżeli choć przez chwilę ignoruje się ich nerwowe machanie ręką i okrzyki „no photo, no photo!”, chwytają w niedwuznacznym geście za kamienie. Dlaczego? Okazuje się, że żadne względy zwyczajowe czy religijne nie wchodzą w grę. W niektórych przypadkach sprawę załatwia wręczenie napiwku. W innych – wystarczy chwila rozmowy, po czym można wynegocjować łaskawe pozwolenie. Ale niestety, nie sposób przeprowadzać takich negocjacji w każdej sytuacji, a już zupełnie zawodzi to na zatłoczonych i niezmiernie urokliwych bazarach… Nie mówiąc już o łapaniu naturalnych i niepozowanych akcji z codziennego życia. Skąd jednak ten opór i ta alergia na wycelowany obiektyw aparatu?

   Otóż protest przeciwko fotografowaniu jest dla mieszkańców Czadu jedyną możliwością zamanifestowania przed białym człowiekiem swojego znaczenia! Biały człowiek ma bowiem nad miejscowym miażdżącą przewagę – na wszystko go stać, wszystko może kupić, nie ma żadnego problemu, dysponuje sprzętem i wyposażeniem i wszystko mu wolno. No to niech mu przynajmniej nie będzie wolno fotografować! Niech grzecznie pyta, niech się postara, niech zapłaci, niech się choć trochę napoci, niech będzie wolno miejscowemu choć trochę spojrzeć na gościa z góry!

 

Dziewuszki z Fady

 

Czad cierpi na przepiękne widoki… Rejon Ennedi, leżący na północno-wschodnim krańcu kraju obfituje w niezwykłe formacje skalne, „niemożliwe” wręcz rzeźby wycięte przez wiatr w piaskowych skałach! Mamy tu majestatyczne łuki, skalne grzyby, kamienne lasy, strzeliste iglice… ech, co ja będę opowiadał, to trzeba zobaczyć. Niestety, nawet najlepsze zdjęcie nie odda przejmującej ciszy, jaka potrafi ogarnąć pustynię wieczorem, która w połączeniu z rześko-ciepłym powietrzem tworzy kosmiczny nastrój i nieziemską atmosferę… Cisza ta bywa zdradliwa – w nocy potrafi zerwać się nagły wiatr, który siekąc wściekle targanym piaskiem wpędza naiwnego wędrowca w głąb śpiwora… zaś wędrowiec przeklina swój romantyzm, który kazał mu ułożyć się do snu pod gołym niebem… Poranne wygrzebanie się z legowiska przypomina jako żywo – zmartwychwstanie.

 

Poranek zasypany piaskiem. A ja nadal śpię w tym śpiworze…

 

   Mieszkańcy Afryki zaskakują mnie swoją zdolnością do naśladowania obcych języków. Po raz pierwszy zauważyłem to w Namibii, kiedy dziewczyna oprowadzająca grupę Polaków po opuszczonym mieście zbieraczy diamentów – Kolmanskop – bardzo szybko zaczęła mówić do nas… po polsku! Po prostu zauważyła, że jak ona woła „let’s go”, ktoś z grupy mówi do wszystkich „idziemy”… a jak się gdzieś zatrzymujemy, to słychać „chodźcie tutaj”. I bardzo szybko zaczęła płynnie i bezbłędnie mówić „idziemy”, jak trzeba było iść dalej, oraz „chodźcie tutaj”, gdy chciała, żebyśmy się gdzieś zebrali i jej posłuchali. Z kolei w Libii nasi kierowcy szybko załapali zwrot „lecim na Szczecin”, kiedy trzeba było zakomunikować grupie, że pora wsiadać do samochodów i jechać dalej. Ale najbardziej wszystkim „lokalesom” – Algierczykom, Libijczykom, tudzież gościom z Czadu – spodobało się dosadne i dynamiczne sformułowanie „do dupy”… Doskonale załapali jego lekkie pejoratywne zabarwienie, aczkolwiek mieszczące się w granicach przyzwoitości. Potem wpletli je nawet w swoje prywatne rozmowy…

   Najprzyjemniej było jednak patrzeć, jak dzieciaki z czadyjskiej wioski w ciągu pięciu minut nauczyły się śpiewać po polsku piosenki „Panie Janie”… Śpiewały wprawdzie tylko do słów „wszystkie dzwony biją – bim, bam bom!”, ale zastanówcie się – kilka minut, dwa czy trzy powtórzenia, i dzieciaki zasuwają piosenkę tak, że nie odróżnisz od polskiego przedszkola!

 

Łuk d’Anoa w Ennedi

 

O reszcie nie ma co pisać. Resztę trzeba zobaczyć. Wędrujące karawany, obładowane bukłakami z koziej skóry (albo z dętki od opony ciężarowej…). Pustynne osady, gdzie domki wyrastają prosto z piachu, zaś dookoła – prócz owego piachu – nie ma kompletnie nic… Ryczące wielbłądy u wodopoju na przełęczy Guelta Archei. Ludzie czerpiący wodę przy studni w Sof. Uliczna smażalnia baranich udźców na targu w Fadzie. Stacja benzynowa wyposażona w beczkę i szlauch. Kobiety odkopujące swoje domy, zasypane przez noc piaskiem… Taki jest mniej więcej Czad!

 

Wielbłądy u wodopoju w Guelta Archei

 

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330879628,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  177 364 (wersja testowa)

Rzuć okiem...


Wrażenia z Birmy
Raport z Indii
www.degial.com Etiopskie Impresje

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 07.09.2011 8:22:06
  • autor: Szef
  • treść: Generalnie pora&ique...
Pozdrawiam!